niedziela, 8 czerwca 2014

GC4TVWB: Gliwická provokace 31.8.1939

Lokalizacja: Polska, Gliwice (N 50° 18.768 E 018° 41.257)

Znaleziona: 8 VI 2014, 9:38

Geocaching.com: LINK (http://www.geocaching.com/geocache/GC4TVWB_gliwicka-provokace-31-8-1939?guid=a7be7b2f-3933-4adf-bf3e-d1b0d331a54b)



Pamiętaj! W dalszej części posta znajdują się szczegóły wycieczki, które mogą zepsuć zabawę osobom, które do danego punktu dopiero się wybierają.


Podejście pierwsze (6 VI 2014):

Idąc na spacer postanowiliśmy zacząć na nowo bawić się w geocaching. Słyszałem o nim już wcześniej, o czym piszę w poście wprowadzającym. Mieliśmy wyjść na spacer za jakiś czas, żeby akurat odebrać Karolinę z pracy, ale nie wytrzymałem, wgrałem pozycję do telefonu i ruszyliśmy do jednego z najbliższych nam keszy.
Bez pomocy nawigacji dotarliśmy pod radiostację (którą widzielibyśmy z okna, gdyby wychodziły na drugą stronę) i dobyłem sprzęt. Ustawiłem czerwoną kropeczkę, tryb mapy z kompasem, zoom i idziemy. Wchodzimy w chaszcze, przedzieramy się, ciągniemy nawzajem (w tym momencie był to dopiero mój drugi dzień Korą, jeszcze nie się uczyła zachowania), obcieramy i docieramy do płotu. Powinno to był jakieś dosłownie dwa kroki dalej, ale jest płot, no to trzeba go obejść. Idziemy wzdłuż, oddalamy się z powodu krzaków, widzimy koniec płotu i przechodzimy na jego drugą stronę. Patrzę na nawigację i ruszamy w stronę zaznaczonego punktu. Znowu krzaki, znowu wysokie trawy i... znowu płot. Czyli to chyba jednak z drugiej strony. Szukamy innego na przejścia na drugą stronę, czyli już trzecią, a tak naprawdę pierwszą, bo wracamy na tą, na której już byliśmy.
Przez chwilę jeszcze po niej chodzimy, znowu trafiając na płot i dochodząc do wniosku, że to chyba jednak miała być tamta strona. Oczywiście wracamy się na nią, przedzieramy się przez znane już nam krzaki i zarośla i w końcu znajdujemy... przejście na drugą stronę siatki. To chyba to czego szukaliśmy! Pewnie tędy trzeba iść. Przechodzimy, a przynajmniej próbujemy, bo na dole znajdują resztki starej siatki i fragmenty drutu kolczastego. Ze względu na bezpieczeństwo i czas (trzeba przecież jeszcze odebrać Karolinę z pracy), odpuszczamy, zapamiętując miejsce gdzie można przejść. Pokonani, ale z zamiarem powrotu.





Podejście drugie:

Poranny spacer. Idealna okazja, żeby spróbować jeszcze raz. Nie idziemy już pod samą Radiostację tylko w pobliże znajomych nam zarośli i uruchamiamy nawigację. Posiłkując się nią przedzieramy w stronę odkrytego poprzednio przejścia. Przytrzymuję ja przy dole nogą i pomagam przejść Korze, potem przechodzę sam i już jesteśmy... między ulami. Wyciągam telefon, obracam strzałkę w stronę kropki i opuszczamy niebezpieczny obszar. Coraz bliżej, coraz bliżej kropki, już prawie... płot. Ale w porządku, powinno to być gdzieś tutaj, jesteśmy niemalże na czerwonym punkcie. Chowam telefon i rozpoczynamy sznupanie w zaroślach, a to proste nie jest. Gałęzie, wysokie trawy, krzaki, ciernie. Tutaj doszedłem do wniosku, że chyba warto brać mocniejsze rękawiczki.
No i nic nie ma, szukamy, szukamy i nic. Ale zauważyłem, że siatka jest po naszej stronie, natomiast betonowe słupki które ją trzymają, po drugiej stronie. No to chyba raczej przy takim słupku bym to ukrył. Czyli znowu trzeba by przejść na drugą stronę, ale spoko, półtora kroku obok, płot jest ugięty, czyli połowę niższy, da się go przeskoczyć. Spoko - nie spoko, ja przeskoczę, a co z psem? Nawet jak spróbuje, to może zahaczyć o siatkę i zrobić sobie krzywdę. No to "bydlaka" na ręce, wychylam się maksymalnie, i delikatnie przerzucam na drugą stronę. Kora cała zadowolona, poczekała na mnie, przeskoczyłem i oboje jesteśmy po drugiej stronie. Szybkie spojrzenie na lewy słupek, szybkie na prawy i naszym oczom ukazuje się taki widok:



Tadaa! Oto nasz pierwszy w życiu kesz. Kora oczywiście nie wykazała aż takiego entuzjazmu jak ja, jednak nie przeszkodziło Jej to władować się w następny kadr:


Notesik, długopis, ulotka o Radiostacji i parę gadżecików. Wpisuję siebie imieniem i przezwiskiem, korę imieniem i podgatunkiem, oraz "odciskiem" łapy. Zabieram zakrętkę z Tymbarka (żeby mieć co zostawić w następnym keszu) i zostawiam... jedną z rzeczy, które teraz tam leżą.


Triumfalnie wracamy do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz